Klubowość, inteligenckość, katolickość...
Każde ze słów tej triady można
interpretować wykluczająco: jako
wyłączność czy elitaryzm; jako wyniosłość
i zadzieranie nosa; jako odróżnianie swoich
i obcych, podstawę do rzucania anatemy.
Ale w warszawskim KIK‑u tak nie jest.


Co trzy miesiące muszę wybrać jakąś triadę. Tym razem prawie się o nią potknąłem. Nic dziwnego – zawsze w końcu była w pobliżu. Byłem nawet w samym jej środku. Chodzi o KIK. Otóż ostatnio dostąpiłem zaszczytu wygłoszenia czegoś w rodzaju pogadanki na temat zagrożeń wynikających z pogłębiającej się gwałtownie polaryzacji w Polsce. Mówiłem do członków warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Starałem się sprowokować słuchaczki i słuchaczy do namysłu nad tym, na ile każdy z trzech elementów konstytutywnych dla tej organizacji – a zatem: klubowość, inteligenckość, katolickość – może napędzać polaryzację, a na ile ograniczać jej niebezpieczne formy. Zapewne każdy z Czytelników bez trudu dostrzeże swoistą ambiwalencję każdego z tych elementów z punktu widzenia napięcia między otwartością a zamkniętością, wykluczeniem a włączeniem, różnorodnością a jednorodnością. Wszak klubowość może oznaczać wyłączność (members only), jakieś formy wtajemniczenia i elitaryzmu, jednorodne formatowanie członków; inteligencja może oznaczać wyniosłość, zadzieranie nosa, barierę wykształcenia i słownik zbyt wyszukany, skutecznie uniemożliwiający komunikację z „prostym człowiekiem”; no i katolicyzm – mimo że w swej istocie jest katolickością, co oznacza wszak powszechność i zaproszenie – może być też zasadniczym sposobem odróżniania swoich i obcych, podstawą do rzucania anatemy, tropienia herezji.


Tak być może, ale mam wrażenie, że w akurat w przypadku warszawskiego KIK‑u zdarzyło się inaczej. KIK raczej buduje mosty i zauważa tych, którzy czynią podobnie. Dlatego przyznaje Nagrodę Pontifici – Budowniczemu Mostów (w tym roku bardzo zasłużenie otrzymała ją Agnieszka Kosowicz, prezeska Polskiego Forum Migracyjnego). W tym środowisku podstawowy zestaw ważnych słów jest jakoś zespolony – włączając w to same początki, a zatem powstanie „Więzi” czy, znacznie później, Magazynu „Kontakt”. W nieco bardziej rozbudowanej formie takie to rozważania miałem okazję snuć przed osobami (w większości członkami KIK‑u) zaproszonymi na uroczystą inaugurację obchodów 70. rocznicy powstania tej organizacji. Jakie były jej początki? Szybka arytmetyka. Jest rok 1956 – czas politycznej odwilży w Polsce. W październiku (właśnie w „tym” Październiku ’56, o którym później będzie się mówić tak jak mówi się o Sierpniu ’80) powstaje KIK. Początkowo nosi nazwę Ogólnopolski Klub Postępowej Inteligencji Katolickiej (pięć słów, które później, na szczęście dla mnie, zostaną skrócone do trzech). Warszawski KIK nie jest jedynym klubem inteligencji powstającym w tamtym okresie w Polsce. To część szerszego procesu. Po dziesięciu latach stalinowskiej opresji i mrożenia jakichkolwiek form niezależnego myślenia następuje w Polsce odwilż i swoiste wybudzenie.

Część klubów, np. takich jak niezwykle ważny Klub Krzywego Koła, powstaje z czymś w rodzaju przyzwolenia czy nawet zachęty ze strony władzy komunistycznej – choć szybko jego działalność wymyka się spod jej kontroli, a sam Klub staje się przestrzenią działania i swoistej inicjacji wielu procesów i osób, które odegrają niezwykle ważną rolę w przyszłych zdarzeniach. Formułę klubów – tym razem dyskusyjnych (to nowość, że można od teraz dyskutować) – przyjmują też powstające licznie Dyskusyjne Kluby Filmowe. Władze zgadzają się na dopuszczenie „inteligenckiego fermentu” i starają się jednocześnie zachować nad nim jakieś formy kontroli. Przyzwalają na powstawanie klubów, stawiając jeden ważny warunek – ów inteligencki ferment nie może się dostać do zakładów pracy; klasa robotnicza ma pozostać pod wyłącznym wpływem partyjnych ideologów. Ta ostrożność i swoista separacja utrzymuje się bardzo długo. Powód jest prosty – mieszanka może być bardzo groźna dla władzy. Te dwie grupy buntujące się oddzielnie można łatwiej okiełznać. Brzemienne w skutkach okazują się przypadki odstępstwa. Z taką sytuacją mamy do czynienia w 1976 r. w czasie wydarzeń w Ursusie i Radomiu. To wtedy na brutalne represje w środowisku robotników odpowiadają aktami solidarności pojedyncze osoby ze środowiska inteligenckiego. W efekcie zawiązuje się Komitet Obrony Robotników. Przypomnieć trzeba, że w jego powstaniu istotny udział mają członkowie KIK-u (np. Henryk Wujec czy Wojciech Onyszkiewicz).

To inteligenckie zasilenie ma też miejsce w sierpniu 1980 r., kiedy ludzie KIK-u docierają do Stoczni Gdańskiej. Okazało się, że dopiero równoczesne zaangażowanie różnych środowisk robotników i inteligencji, a także katolików i „partyjnych reformatorów”, dokonało skutecznej zmiany. W wielu ważnych przedsięwzięciach w Polsce KIK odegrał zatem rolę swoistej tkanki łącznej i katalizatora. Czy zdolności te zachował do dziś? Wracając do początków: 70 lat temu władza, nieświadoma zapewne przyszłych następstw, zgadza się na KIK, ale inteligencja ma być „postępowa”. Docieramy tu do pierwszej trudności o „trójkątnym charakterze”. Jak połączyć postęp, inteligencję i katolicyzm? Owszem, dwa pierwsze elementy łatwo godzą się ze sobą, ale jednocześnie obydwa iskrzą w zestawieniu z trzecim. Problem jest tym większy, im węższa jest interpretacja każdego z tych pojęć. Skoro religia to „opium dla mas”, to jak można ją pogodzić z inteligencją, edukacją, empiryzmem, naukowym socjalizmem etc.? Religia może też być odczytywana jako usprawiedliwienie i obrona zastanego porządku. Trudno pogodzić to z postępem. A jednak tu nie musi być sprzeczności. Pojęcie „inteligencja” – jako grupa/warstwa społeczna 74 Jakub Wygnański WIĘŹ zima 2025 (to fenomen charakterystyczny dla tego czasu i tego miejsca na mapie) – ale to nie wszystko.

W Polsce, szczególnie w czasach powstawania KIK‑u, inteligencja to więcej niż cenzus wykształcenia, to specyficzna postawa, której istotnym składnikiem jest zaangażowanie w sprawy publiczne. To wewnętrzny nakaz troski o dobro wspólne. To ten rodzaj inteligencji – autentycznej, a nie sztucznej – którego nie da się wygenerować maszynowo. To nie tylko Logos, ale też Etos – używając pojęć Arystotelesa. To nie jest coś, co wyświetli się na ekranie komputera. To zaangażowanie w duchu cnót obywatelskich. To gotowość do ponoszenia osobistego ryzyka. Nie ma też konieczności, aby inteligencja w sposób automatyczny zaprzeczała transcendencji (a ta jest wszak immanentną częścią religijności). Wiedza, która nie zostawia miejsca na tajemnicę, paradoks i kolejne pytania, jest po prostu ograniczona. Obok Rzymu i Aten jest też wszak Jerozolima. Nieco podobnie ma się sprawa z postępowością. W mojej opinii katolicyzm bynajmniej nie pozostaje w sprzeczności z postępem (choć zależy to od tego, jak się postęp rozumie). Nie da się katolicyzmu (na szczęście) zapisać do któregoś obozów – ani postępowego, ani konserwatywnego – są w nim bowiem składniki obydwu stron, i wiele więcej.

Przypominam to szczególnie dlatego, że młodzież KIK‑owska skupiona wokół Magazynu „Kontakt” sama siebie opisuje jako katolewicę. Osobiście nie przepadam za tym określeniem, choć rozumiem, że powstało ono jako odpowiedź na rodzaj zawłaszczenia polegającego na nieprawomocnym uznaniu, iż katolicyzm jest niejako z natury przypisany do prawicy. Przyznaję, że z punktu widzenia przełamywania podziałów określenie „katolewica” pożytecznie utrudnia szkodliwe binarne uproszczenia. A jednak w mojej opinii nie jest to sformułowanie fortunne. Zdarza mi się nawet pokazywać pułapki binarności właśnie poprzez przykład polegający na tym, aby starać się skłonić słuchacza do odpowiedzi na pytanie: „Czy Ewangelia jest lewicowa czy prawicowa? Konserwatywna czy progresywna?”. Czujecie paradoks? Widać, że te kategorie są po prostu nieodpowiednie. I problem jest nie z Ewangelią, ale raczej z tymi, którzy – mimo tego, że nie da się jej zapisać do żadnej ze stron na wyłączność – chcą dokładnie to uczynić. Ostatecznie „postępowość” znika z nazwy KIK-u. Podobnie znika „ogólnopolskość”. Ta ostatnia znika zresztą na wyraźne oczekiwanie władz – z obawy przed tym, że tak rozległy zasięg działania organizacji może być niebezpieczny. Władze wymuszają inny model działania KIK‑ów – miały być one dopuszczalne w formie działania klubów lokalnych. Zresztą z samej swojej natury charakter klubu jest raczej ograniczony i lokalny.

Takich lokalnych KIK‑ów powstało dotychczas kilkadziesiąt. Wiele z nich istnieje do dziś. Łączy je nazwa, ale charakter ich działania bywa różny. Czasem różnice te są znaczne. KIK warszawski jest inny niż krakowski i całkiem inny niż lubelski czy radomski. Działaniom warszawskiego Klubu mogę się przyglądać od wielu lat. Właściwie od dziecka. Muszę się zdemaskować: jestem członkiem tej organizacji, a swego czasu byłem nawet w jej władzach. Moje dzieci uczestniczyły w KIK‑owskich grupach młodzieżowych (tzw. plemionach).


KIK warszawski bowiem od lat, właściwie od swego powstania, w porównaniu z innymi klubami prowadził chyba najbardziej rozległe działania. Skupia największą liczbę członków, ma szereg sekcji. Niezwykle ważnym elementem jest Sekcja Rodzin. To ona dostarcza tej organizacji „odnawialne źródło energii”. Dzięki temu KIK to struktura jednocześnie bardzo doświadczona i dynamiczna. Jeśli szukać organizacji, która realnie ma charakter międzypokoleniowy, to jest nią właśnie warszawski KIK. Od swego powstania Klub miał ogromny wpływ na rozwój wydarzeń w Polsce. Owa słynna „Oaza na Kopernika” (przy ulicy Kopernika KIK miał siedzibę do roku 2005) była miejscem najważniejszych dyskusji o Polsce. Z tego środowiska wyłoniło się wielu najbardziej przenikliwych obserwatorów życia politycznego. Nie tylko obserwatorów, ale i twórców – wręcz mężów stanu. Dość wspomnieć, że po pierwszych wyborach z 1989 r. w polskim parlamencie znalazło się aż 20 posłów i 12 senatorów będących członkami Klubów Inteligencji Katolickiej. Działaczem KIK był też premier Tadeusz Mazowiecki. Ważna jest jego osobista trajektoria – to, w jaki sposób pojawił się w Klubie. Chodzi mi o jego fascynację personalizmem Mouniera, który stworzył koncepcję zaangażowania katolików świeckich w sprawy publiczne – koncepcję odpowiadającą czasom już po doświadczeniach faszyzmu i w trakcie eksperymentów (często bardzo opresyjnych) komunizmu i socjalizmu w Europie.

Nie miejsce tu na opisywanie szczegółowo kontekstu historycznego. Warto jednak przypomnieć, że KIK wyłania się także jako rodzaj alternatywy dla monopolu na „organizowanie katolików” w socjalistycznej Polsce, jaki przez lata posiadało środowisko PAX‑u. Zresztą napięcie dotyczące dopuszczanej czy pożądanej dawki krytycyzmu w stosunku do władzy będzie towarzyszyło KIK‑owi przez wszystkie lata – do dziś. Czym ostatecznie stał się zatem KIK? Cytując prof. Andrzeja Friszkego, autora monografii Oaza na Kopernika. Klub Inteligencji Katolickiej 1956-1989, kluby były „jednym z bardzo niewielu miejsc, w których istniała wolność słowa i gdzie nie sięgała bezpośrednia władza nomenklatury”. Warto też przywołać za Friszkem pochodzący z 1962 r. tekst Tadeusza Mazowieckiego otwierający w „Więzi” dyskusję o roli Klubów Inteligencji Katolickiej. Założyciel i redaktor naczelny miesięcznika wymieniał założenia, które określają charakter KIK-u: różnorodność form pracy wewnętrznej; „zasada łączności z hierarchią, opartej na świeckim, a nie klerykalnym modelu stosunków”, co oznaczało, że zadania kulturalne, społeczne, polityczne świeccy podejmują na własną odpowiedzialność, kierując się sensus catholicus, zrozumieniem sytuacji Kościoła i szacunkiem dla religijnego i moralnego autorytetu hierarchii; zaangażowanie w społeczno‑gospodarczy rozwój kraju.

Kluby nie dążą do ujednolicenia motywacji społecznej swych członków, „ale stwarzają płaszczyznę do tego, żeby w ich obrębie spotykały się różne motywacje oraz żeby między nimi toczyła się równouprawniona dyskusja”. Innymi słowy, istotą Klubu jest nie homogenizacja poglądów, lecz dyskusja i zgoda na różnorodność. Trzeba również wspomnieć esej Jerzego Zawieyskiego Droga katechumena. Ówczesny prezes KIK-u ukazywał ludzi, którzy choć stali poza Kościołem, a nawet nie byli chrześcijanami, byli wzorem cnót chrześcijańskich. Pisał:


Katechumeni szukają Boga poza Kościołem i jego wyznawcami. Czy mylą się, że Go szukają w świecie stworzonym, w ludziach, w ich działaniu, w ich słowie, w ich życiu?

Czy grzeszą, niosąc swój niepokój, omijaniem Bożych świątyń? Katechumeni są zawsze i będą aż do skończenia świata. I dziś są. Patrzą na nas. Osądzają. I w nieufnym oddaleniu ogarniają pychę wyznawców Boga. Pychę z posiadania prawdy, pychę, która nie widzi drugiego człowieka. [...]

Kościół musi mieć otwarte ramiona. Musi ich widzieć, błądzących poza tłumami wiernych, bo to oni są „źle się mający” i to oni są „solą ziemi”.


W tych słowach, napisanych w momencie założycielskim dla KIK‑u, wyraźnie jest obecny, u samych fundamentów tożsamości, element otwartości – ekumenizmu, a nawet szerzej: zaproszenia dla tych, którzy „szukają Boga poza Kościołem”. Z tego ducha wywodzić można, jak sądzę, niezwykle piękną i wyważoną treść preambuły Konstytucji RP, której sformułowanie zawdzięczamy w dużej mierze – a jakże: dwukrotnemu prezesowi krakowskiego KIK‑u – red. Stefanowi Wilkanowiczowi. Przypomnijmy:

My, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski [...] ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa.


Ostatecznie przez te 70 lat działa i towarzyszy nam ta szczególna i jedyna w swoim rodzaju organizacja. Klub inny niż inne. To nie klub konsumentów, to nie karta premium, to nie klub fanów jednej drużyny sportowej ani klub miłośników czy wręcz wyznawców jednej redakcji lub rozgłośni. To klub, który nie jest własnością założycieli. To prawdziwe stowarzyszenie, które trwa w pożytecznych praktykach corocznego zebrania członków, wybierania władz, zaangażowania wszystkich. To stowarzyszenie z prawdziwą rzeszą ludzi gotowych do działania, do spierania się między sobą. To organizacja zdolna rzucić się na pomoc innym – tak jak to miało i ma nadal miejsce poprzez stworzenie Punktu Interwencji Kryzysowej (PIK) na Podlasiu, współprowadzenie Inicjatywy „Zranieni w Kościele” i w wielu innych sytuacjach. To organizacja, która tak pięknie „marnuje” kolejne „okazje, żeby milczeć”. Jestem jej za to bardzo wdzięczny. Cieszę się, że plotąc swoje „Trzy po trzy”, miałem okazję być blisko tych ludzi.

 

Tekst autorstwa Jakuba Wygnańskiego ukazał się w "Więzi", wydanie zima 2025

Jakub Wygnański – ur. 1964. Socjolog, współtwórca i działacz wielu organizacji pozarządowych. Prezes Fundacji Stocznia. Autor licznych publikacji i wystąpień na temat budowania społeczeństwa obywatelskiego, znaczenia trzeciego sektora oraz roli organizacji pozarządowych i wolontariatu. Laureat wielu wyróżnień, m.in. Nagrody im. Andrzeja Bączkowskiego, Nagrody Totus i Nagrody im. ks. Józefa Tischnera. Mieszka w Warszawie